Czas na mnie….

 

bym poszła,odeszła. Nie jakoś spektakularnie o powoli,systematycznie będę się zabijała. Starczy już tego spaceru tutaj z tylko Starszym Panem. Czas pójść w drogę za Kloszardem chociaż już dawno przestał szumieć na wietrze jego płaszcz.   – Boże, masz zastrzeżenia ? Do cholery,przecież wiem  że sama siebie mam ocenić. Wiem. Kurwa,przytul i nie mów nic.

Staruszka z „koralikami” na sznurku-zdecyduje.

Z jednej strony, budzący przeraźliwe obrzydzenie, starzec, z drugiej młokos , któremu dane w jednym momencie od starca się odwrócić i zagonić beczące owce w bezpieczne kojce. Jeden z laską drewnianą, z gałęzi zrobioną, drugi z metalowym maszkaronem na drzewcu zadzierzgniętym . Starzec obiecuje wolność od kojców ale nie mówi ,że za barierką jest urwisko . Młokos milczy. Ja na kolanach u Starszego Pana więc nic mi nie grozi ale patrzę ze strachem, bym miała gdzie być gdy z kolan zejdę i będę na własnych nogach musiała iść. Dziś rano w szklanym dzbanku zaparzyłam herbaty nie dostrzegając jak wielkim to święto, jak wielkim świętowaniem przyszło mi się karmić i ze wstydem to mówię, ze wstydem przyjmuję. Przepraszam. Oby owce dostrzegły możliwość zrobienia i wypicia herbaty i uciekły od starca z maszkaronem.

Dlaczego mam być przewidywalna ?

    Za dziewczynką z lakierkami  zatęskniłam. Za zapachem, trochę smrodem . Wagarami, trochę domem. Za krzykami na ulicy. Za oddechem w potylicy . Za wygiętym w pałąk karkiem. Za Markiem, niedowiarkiem. Siedzę sama na kamieniu jeszcze ciepłym. Na wspomnieniu dawno przeszłym kładę dłonie. Szukam ciepła ,szukam wsparcia, szukam ciebie. Szukam gwiazdy którą wczoraj widziałyśmy w niebie. Ponad nami jest niewiele a świat wielki doskonały. Pode nami świat jest inny taki mały. Gdzie iść pytam, gdzie iść wołam, nikt nie słyszy w wielkiej ciszy. Nikt nie słyszy , nikt nie słyszy, nikt nie słyszy. Ludzi widzę , patrzę na nich nie rozumiem. Biegną , krzyczą dłońmi klaszczą idą z tłumem. Tu z wysoka te tragedie takie drobne. Te problemy, dylematy takie skromne. Zdarzyć się zdarzało kiedyś w mojej naiwności nurcie , zabierałam nieświadomą, która zdać się mogła …zdać się mogła lecz nie zdała , rozczarowywała. Słowa niczym słupki na wielkim placu poustawiane i ja pijana pośród nich przewracam je starając się narysować jakiś wzór… wzoru nie ma , jest jedna wielka rozpierducha i radość z tej głupoty od ucha do ucha.

Jaskółki.

   Kąpałam się , jak zawsze, przy szeroko otwartym oknie. Odwiedziły mnie dwie jaskółki. Przyleciały, rozejrzały się po miejscu i odleciały. Przyleciały po chwili znów, już jak do swojego miejsca. Usiadły na belce pod sufitem i zaczęły gaworzyć między sobą. Zaczynam z wolna odróżniać sekwencje słów jakich używają w rozmowach ale znaczenia nie pojmuję. Rozmawiały dłuższy czas a ja przyglądałam im się jak starym dobrym znajomym aż w końcu zapytałam:” -lecicie do RPA, tam można znaleźć diamenty, może za to moje dobre serce jakiś byście mi z kolejnym przylotem przyniosły? „-Popatrzyły oburzone. Odleciały. Nie zamknęłam drzwi od kotłowni przez całe lato bo sobie zrobiłyście gniazdo pod sufitem przy żyrandolu i za to nawet dziękuje ?…a może to jednak było…:”dziękuję”.

Spragnione .

 

 

   Byłam tak spragniona z wargami wysuszonymi gdy Ty bez słowa podałaś mi swój puchar bym się nasyciła . Piłam powoli, zmęczona, spragniona każdej kropli przyglądając się językiem  . Im więcej z pucharu zabierałam tym więcej w nim było i ze wstydem przyznam że krople zsuwając się z kącików ust spływały na białą pościel  . Czułam i wciąż czuję że i Ty syciłaś bez opamiętania swoje marzenia a potem otworzyłam oczy i usta spierzchnięte dotknęłam palcem. Bardzo zabolało.

Oddychaj, proszę.

Spałam dziś w mandarynkowym sadzie. Wśród skrzynek pełnych owoców które o świcie nieznani mi ludzie zapakowali na jakieś dziwne urządzenie i rozpłynęli się pomiędzy drzewami. Słychać było słowa. Okrzyki. Pokrzykiwania. Pies jakiś zaszczekał a z głową w moich udach, jak gdyby nigdy nic. Śpisz. Zwyczajnie śpisz z każdym oddechem, który płonie , moje ciało drży z rozkoszy. Z każdym oddechem a on tak niedbale z Ciebie wypływa robiąc światy mi dotąd nieznane. Nie wiem jak masz na imię. Nie wiem co wczoraj o świcie robiłaś, nie poznam Twojego jutra ale przecież to  nie ono ma tu znaczenie. Oddychaj proszę, we mnie  jak najdłużej bym opadła z sił napełniona …przypadkowym spotkaniem. Boję się poruszyć i nie poruszę się tak długo jak to możliwe , obiecuję. Sobie .

Żmija.

Na koniec dnia trzecia Natalia i sama patrzę na siebie dzisiejszą i sama siebie nie do końca znam. Nie całkiem poznaję. Przeobrażam się?, czy jak żmija zrzucam skórę…?

Powodowana… .

   Ani nie da się zapomnieć. Ania jest była i będzie i mogę robić na swojej psychice dowolne eksperymenty, nie zniknie, nie odejdzie, nie stanie się zapachem mijanym na ulicy bez podniesienia głowy z nad kostek bruku. Nie odejdzie jej obraz i nic co z nim, nie odejdzie jej zapach i nic co z nim. Nie odejdzie jej smak i nic co z nim. Nie odejdzie jej ciepło i nic co z nim. Nie odejdzie …przenikam ja wciąż jak co dnia. Moje całe ciało staje obok niej by po chwili w jedno się zlać, jednym być, jednym patrzeniem , słyszeniem czuciem i tylko myślenia różne i bardzo różne i na tyle różne ,że nie dostrzegłam słów i czynów jakich konsekwencją były kroki na bruku stawiane i oddalający się ich odgłos i mimo wypatrywania, nigdy nie powracający. Raz  jeszcze kiedyś się spotkamy i chociaż piękne będzie to spotkanie, płakały będziemy obydwie i płakały będziemy razem bo będziemy musiały odejść do światów które zbudowałyśmy już bez siebie, poza sobą. Powrotów nie ma. Powroty zdarzają się tylko na kartkach pisane. Może gdybyśmy miały błogosławieństwo samego Boga ale On tylko nam pobłażał ale nigdy nie pozwolił. Nasz wybór, nasze decyzje. Mój wybór moje decyzje. Pójdę dziś do domu na świerkach… położę się Jemu na kolanach i zasnę, mam nadzieję, zasnę a gdy się obudzę podsunie mi jakieś rozwiązanie bo tak żyć do końca niepodobna.