Sama sobie odpowiedz.

Spadałam, jak zazwyczaj . Spadałam wolniej dziś, dużo wolniej i dużo mniej .Przerażona nie byłam i to mnie przeraziło nie na żarty bo jak to możliwe, że spadam w przepaść niezamknioną i wiem ,że upadek mój będzie wielki , bolesny i ostateczny  a się nie boję. Zdążyłam i to też mnie zaskoczyło, zdążyło zaskoczyć, wspomnieć jak zgarbiona kobieta pod wysoką górę, na plecach niosąc drwa uzbierane na opał, potykała się w jednym i tym samym miejscu. Drwa wypuszczała z rąk. Spadały one w dół i wracała wciąż i wciąż by je pozbierać a potem piąć się w górę. „ Piąć”… takie modne słowo i używane często ale ja nie. Nie lubię , nie chcę, nie widzę sensu w tym by się piąć. Na wysokości jest to samo , kolejne wyzwanie. Górka, przełęcz, wąwóz do przejścia. Usiadłam niedaleko tego wszystkiego by odpocząć i widziałam siebie jak kolejno wspinam się na wciąż nowe wyzwania a tylko przez to opadam z sił, coraz słabsza jestem, starsza coraz i odwracam głowę a tam już nie ma …tam nie ma już tej samej mnie nic ze mnie tamtej nie ma. Dziś , spadając, zgubiłam wszystkie maski jakie miałam na sobie i w lustrach jakie wokół były mogłam się oglądać i nie miałam smutku ni rozczarowania w oczach… skóra na piętach wytarta pumeksem… kolana nie jak u zakonnicy, uda jeszcze sprawnie rozwierające się bo rzadko używane. Wyżej trochę do poprawki i śliczne kształtne piersi unoszone spadaniem. Wszystko to dzięki włosom rozwianym ,kolorowym. Wielkie te samopoczucie pozytywne dzięki włosom… Pomyślałam przez chwile ,ze to zadziwiające by cos tak mało istotne jak włosy… i zasępiłam się na moment uświadamiając kłamstwo bo przecież bez włosów czułam się uboga, okradziona z doświadczenia. Bez włosów byłam dzieckiem , któremu nie wolno tego co robiłam i dzieckiem była ta z którą robić to chciałam i to wszystko traciło sens. Uśmiechnięte do siebie. Trzymając się za ręce spadałyśmy mimo ,że ona mnie zostawiła, odeszła, poszła sobie bym została na pastwę … Starsza pani kolejny raz wdrapywała się na swój szczyt i tym razem już dość słaba by wziąć dość mało, by dojść do końca.      – Więc to ze starości i zmęczenia bierzemy tyle ile wnieść możemy na górę nam przeznaczoną… nie z mądrości, nie z przenikliwości, nie z wykształcenia, nie z doświadczenia a ze zmęczenia i bezsilności w końcu robimy coś co pozwoli nam dojść na szczyt. Trzeba się poddać, przegrać, ukorzyć by dotrzeć … i przypomniałam sobie ,że to znałam bo kiedyś już i nie raz słyszałam ,że tylko na kolanach stoimy naprawdę i wyprostowane i nie boimy się niczego. Tylko na kolanach.                                                                                        Dawno temu na ramiona zarzucono mi nieprawdę. Nieprawdę ,że być musi tak i tak i jeszcze tak do kompletu ale czas zrzucić tę pętlę bo nie musi być strachu w spadaniu w przepaść i nie musi być smutnym roztrzaskanie się o skały na dnie . Zużyte się roztrzaskuje by mniej miejsca innym zabierały. Zużyte kobiety wpadają do studni bez obaw. Zużyte kobiety bez drew na ramionach by kolejny raz zapalić ogień … Nie będzie zimno bo wyjdzie słońce i nadaremnym okaże się nasz cały trud ale czy dlatego mamy przestać próbować ?…

Jedna myśl nt. „Sama sobie odpowiedz.

  1. na tę górę… żeby choć na pusto dojść, to też trzeba się nawspinać. Może lepiej nie za szybko? I gubić te trocinki po drodze nie raz, żeby chociaz głowę pełną donieść, skoro nie chruściki? Dziwne myśli chodzą po łbie…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>