Testament

Przeproszeniem drugim , musze wspomnieć pewnego szarego ptaka , który miał swój początek i chciał mieć chwile wyglądającą inaczej niźli ja mu wypisałem w życiorysie gdy jadąc jak szaleniec oczekiwałem że opatrzność zadecyduje za mnie o zamknięciu oczu choćby niewielkim a skutecznym ciągiem zdarzeń śmiertelnych.
On gdzieś oderwał się od ziemi i było miejsce w którym chciał odpocząć jednak ja nie zdążywszy wyhamować nie pozwoliłem mu lotu dokończyć i miejsce odpoczynku odszukać.
Pewnie gdyby nie moja egoistyczna chęć, załatwienia sobie, zbiegu okoliczności, który o mnie i za mnie by zadecydował bez ewidentnie mojego decydowania, ów mały acz w swoim świecie , normalnej wielkości obywatel , dotarł by do celu.
Często zdarzało mi się patrzeć jak siada sobie na spokojnej gałęzi. Czasem sobie wzajem się przyglądaliśmy , czasem on mi tylko przypatrywał się ciekawie a czasem to ja korzystałem z jego nieuwagi by patrzeć nań.
Patrzeć jak pracuje, jak dba o swoje piórka by raz to być pięknym dla swojej wybranki , innym by lot do którego się szykował, długim był i wspaniałym , bym mógł , by dana mi była , owego zazdrość i pożądanie.
Zazdrość i pożądanie lotu. Bycia tam gdzie nikt dosięgnąć nie może ni złapać ni w dół ściągnąć.
Wiele razy patrzyłem tak z zazdrością i latania się nauczyłem. Kiedyś całkiem przypadkiem, oderwałem się od ziemi i błąkałem się w przestworzach nie dostrzegany przez nikogo Nie niepokojony żadnym głosem ze świata.
Później coraz częściej zdarzało mi się latać i być poza wszystkim i poza wszystkimi.
Tak jak on rozpościerałem skrzydła i byłem tylko sobą i tylko u siebie.
W swoim egoizmie zabiłem swego nauczyciela latania i nawet nie wiem jak winę z siebie zrzucić a może polecieć raz jeszcze wysoko jak tylko on to potrafił a potem skłonić się nisko przed nim i o wybaczenie poprosić.
Czasem ból ustaje, zdaje się że już nie wróci , że wszystko będzie już normalnie jak dawniej lecz pewność tego tak bardzo jest ulotna. Iluzja powraca , nadzieja powraca, z dnia na dzień coraz rzadziej.
Już czas jakiś nie walczę sam. Uzależniony jestem od pomocy .
Czasem z samego strachu przed powracającym bólem , aplikuje sobie, mi aplikują coraz to większe dawki
by nie czuć. To już nie jest początek przy którym wystarczyła niewielka pigułka , nie zabierająca świadomości.
Teraz , przychodzi mi te chwile wypatrywać z utęsknieniem . Chwile ,które nie niosą ze sobą balastu bólu.
Czasem jest to kilka godzin , czasem tylko kilka minut wolności. Nie wiem , nigdy nie miałem zegarka nie żyłem na czas i według czasu. Kiedyś chwile potrafiły być piórkiem na wietrze , spadać powolutku kołysząc mnie i siebie delikatnie na wietrze. Teraz wydają się być kamieniem spadającym z impetem by rozbić się o bruk .Zniknąć w wielkiej beczce bólu ogarniającego całą chwile całego mnie całe moje przeżywanie.
Gdy można dostrzegać barwy, gdy mogę je dostrzegać , są wyraźniejsze niż kiedyś.
Dzisiaj odwrócili mi łóżko bym oczami widział niebo więc patrzę i gdzieś w oddali nawet zieleń wolności mojej połyskuje i kusi zapachem.
Nawet jeśli brakuje mi zrozumienia dla tego co widzę, patrzę.
Wciąż patrzę na drgające powietrze w którym , raz to niezdarnie innym razem z gracja na niebo powraca mój nauczyciel.
Kiedyś przysiadł niedaleko i mogłem porozmawiać. Mogłem przeprosić lecz choć żalu do mnie w nim nie było , mi jest przykro za wtedy .
Jest mi wstyd za moment z którego tak trudno jest czasem do życia powrócić

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>