Uwielbiam …

ubrana być jedynie w promienie słońca i całkiem nago, całkiem bez niczego w białej trawie domu na świerkach  się położyć. Nie spodziewając się towarzystwa, takowe dostrzegłam przypatrujące się zza, kręcąc łebkami i stukając dziobkami .Nie chodzą na randki, nie piszą wierszy, nie zapraszają na spacery a korzystają z tak pięknego towarzystwa bez skrępowania i bez najmniejszego zażenowania. Witajcie, moi kochani. Miło ,że jesteście. Że jesteśmy. Uwielbiam oddychać tak całym ciałem całym wszechświatem się ubierać  Jedno jestem ze wszystkim a wszystko ze mną i czegóż chcieć więcej.

Kloszard znajdzie.

 

W pamięci , wyobraźni znajdowałem słowa i je układałem w zdania a zdania poukładane obok siebie tworzyły obraz sytuacji i zawierały pewien sens, który chciałem zawrzeć. Kłamstwo. Układałem słowa i liczyłem na konsekwencję której będzie sens zawarty w słowach. Taka gra …układanie słów w obrazek a potem odszukiwanie w tym sensu.Zapisałem jedna stronę, drugą, trzecią i wyrzuciłem wszystko do kosza. Nie spodobało mi się przesłanie jakie ze słów wyjąłem. Wyjąłem, położyłem sobie na dłoni i ze wszystkich stron oglądałem zaciekawiony. Wszystko wyglądało ładnie zgrabnie i ciekawie ale ktoś mi to podrzucił wynikający ze słów sens. Nie mój więc wylądował w koszu a może się pomyliłem?…Kloszard znajdzie, przeczyta i się uśmiechnie albo nie. znajdzie albo nie. To bez znaczenia.

Egzamin.

 

   Dzień dobry dniu słoneczny .Dzień dobry dniu błękitny. Dzień dobry dniu nienapisany . Nabieram w płuca ciebie, nabieram z krwią do serca i wiem ,że jesteś takim ostatnim już a ja też od jutra będę całkiem odmienioną  . Dziś jeszcze jestem tą , którą znam, którą rozumiem i z którą jest mi dobrze i bezpiecznie ale od jutra mogę zmienić się zupełnie i zmienić wszystko co wokół mnie i mi bliskie. Dziś jestem z całego życia  mojego, ulepioną z drobinek , które sama sobie składałam powolutku . Z każdego oddechu, który moim był i spojrzenia, którym ja wiednie lub bezwiednie kierowałam. Z każdej kropli mojego potu się składam i z wszystkich łez jakie wylałam bym nie była słona ponad miarę i smutna ponad miarę. Jutro zawiodą mnie na pokuszenie i pod nogi rzucą wiele skarbów tego świata. Jutro przede mną stanie ludzi całe mnóstwo i będą milczący czekali na to co powiem. Jutro …będą czekali co zrobię i będą mieli w dłoniach kamienie na wszelki wypadek i żal i pretensje i wściekłość. Jutro a jeszcze dziś jestem bezpieczna, jeszcze dziś mogę sama o sobie bez pokuszenia decydować. Wiele o tym dniu myślałam i rysowałam go co dnia bo wydawało mi się ,że będzie wybawieniem, uspokojeniem a staje się tak wielkim niebezpieczeństwem przed którym nikt mnie nie obroni jeśli zrobię błąd chociaż najmniejszy. Boję się ,tak zwyczajnie, tak po prostu . Tak bardzo boję ale powoli udaje mi się ten mój strach oswoić, wziąć go na smycz by nie szarpał  ponad siłę z jaką jestem w stanie go  utrzymać. Dzień dobry dniu mój ostatni i dniu mój pierwszy zarazem. Wczoraj powiedziałam ,wyznanie miłości ze słów , których nie wolno rozrzucać pod buty przechodzących .Powiedziałyśmy sobie słów pięknych tysiące i w końcu raz pierwszy słowa te były bez kłamstw jakimi moje zawsze oklejałam a jutro ,świat może mi powiedzieć :” kocham cie wspaniała moja”  z akcentem na „moja” i wiem ,że kłamał będzie bo czekający na potknięcie moje, bym z kochanej stała się wykorzystywaną. Z podmiotu bym przedmiotem się stała w jego rękach.                                       Rozbiorę się do naga i pójdę w ten dzień. Dzień przed i dzień po… dziś… pobiegnę naga do słońca z nadzieją ,że spoglądając na boki, wstecz i do przodu odnajdę decyzje jaka podjąć powinnam. Wczoraj, przed wczoraj pomiędzy uniesieniami, byłam chwile sama i przysiadł się Starszy Pan bo potrafi przysiąść się wtedy gdy już być samą nie mam siły. Zaprosiłam Go ?…  Zaprosiłam. Obiecałam Mu . Obiecałam sekwencję zdarzeń. Obiecałam i cieszę się ,że tak się stało bo nic lepszego zrobić nie mogłam . Dziś jestem po uniesieniu a przed …oby nie, wielkim upadkiem moim. Opowiadam Ci to ale nie po to byś z wypiekami na twarzy pobiegła do przyjaciółki ze słowami :” a ona,,” lecz pobiegła do siebie i na spokojnie zapytała : „ co ja …? „  … zrobić mam i jak…. Nic nie miało się więcej zdarzyć gdy naga wyszłam z mojego królestwa i na nic nie liczyłam biegnąć przed siebie a jednak zdarzyło bo kobietę ,wózek z dzieckiem malutkim przed sobą pchającą spotkałam pośród lasu w miejscu bardzo odludnym . Spotkałam i dwóch na skuterach. Przejechali szybko obok . Kobieta na rowerze w czerwone włosy ubraną i pomarańczowe tenisówki. Zdarzyło się więc tak wiele w miejscu w którym nic zdarzyć się nie powinno było . Usiadłam. Za plecami kominek którym drewno nie płonie. Marznę ale już ubrana. Marznę ale to dobrze bo jutro nie zdarzy się nic o czym myślałam ,że zdarzyć się może. Odroczony mój egzamin do którego nigdy przygotować się nie zdołam.

Szczęść Boże…

Na każdą minutę dnia ,wrogów moich i tych, których skrzywdziłam. Tak czuję się bezpieczna , chociaż mam świadomość marności  mojej i nierównowagę w miłości, idę w tym kierunku, gdzie w żaden sposób ja nikomu i mnie nikt, nie skrzywdzi.                            Wypiłam szklankę herbaty z cytryną. Niesamowitym był cudowny jej smak który rozlewał się w mnie i czynił szczęśliwą tak bardzo. Herbata  z cytryną, źródłem szczęścia. Wczoraj  bym zaparła się takiemu twierdzeniu a dziś… dziś doświadczyłam .                         Gdy wieczorem się kładę i chcę zasnąć na wielki, na zawsze. Bym nie podnosiła już ,po środku nocy ,swojego ciała i nie niosła go by przywitało kolejny dzień, nie przypuszczam nigdy ,że ten niechciany może być tak pięknym i tak nieoczekiwanym w swej formie. Dziś uświadomiłam sobie że zbyt próżna byłam , będąc pewną, że z trudem ale dam radę ponieść dzień o który poprosiłam.
Setki dni z tą samą prośbą a dziś uświadomienie, że to całkiem nie tak, że ja sama nie jestem w stanie, że tylko się pogrążę i sprzedam niczym Judasz. Uśmiecham się na tę myśl. Jaka ja byłam naiwna. Jak naiwna. :”Ja sama”… „ja sama”… i tak wciąż i wciąż w naiwności  mojej trwałam przed drzwiami zastanawiając się dlaczego nie otwierają . Szarpałam za klamkę :”ja sama „ z nędznym skutkiem a dziś dostałam klucz. Stary , troszkę podniszczony, zmęczony ale na pewno pasujący do drzwi…” Ojcze Nasz…  Zdrowaś …”  Ja w swojej naiwności tak długo za klamkę szarpałam . Dobrze jednak ,że zdążyłam dostać i wziąć ów klucz. Zawieszę go sobie na szyi i nosiła będę ze sobą wszędzie bo nie wiem kiedy stanę przed furtką by wejść z wiedzą co za nią i jak zrobić mogę by nie było mi wstyd.

Wyznanie.

Wszędzie płonące ogniska i z nich mnóstwo białego dymu. Wiosna płonie. Wiosna. Kilka dnia takiego bez węgielków i kadzidła , okadzania a potem już będzie ta , której wyglądałam siedziała na trawie przed moim domem i zawsze będę mogła się do niej przysiąść. Pamiętam z zeszłego roku gdy gładziłam świeżo urosłą trawę, przeciągając dłonią po jej czubeczkach do słońca ustawionych. Potem przyszło lato , jesień i śmierć. Przed śmiercią wybudowałam dom na świerkach , cierpliwie wchodząc raz za razem po wielkich drabinach na sam szczyt. Nie jestem silna więc po drobince wnosiłam wszystko co do budowy było potrzebne. Jak ptaki po jednej malutkiej gałązce i w ustach odrobinę wody by z gliną połączyć w spoiwo , które sklei wszystko co potrzeba i pozwoli postawić dom. Trwało to długo i w pewnym momencie zapomniałam czy buduję, czy rozbieram, czy tworzę czy niszczę . Wchodziłam raz za razem , raz za razem , raz za razem by dotrzeć do końca wszystkich prac a koniec nie był taki oczywisty bo nie było okien, nie było ścian, nie było drzwi, nie było mebli żadnych tylko olbrzymie poduchy na których można usiąść niczym w fotelu i wysoka, piękna, sprężysta trawa w której można się położyć i odpocząć . Odpocząć od świata i od jego grzechu. Zapraszałam tam niewiele osób. Z dołu niewiele bo z góry przychodziło czasem całe mnóstwo by śpiewać i tańczyć i słuchać i mówić i milczeć  . Z  dołu  przyprowadziłam kochankę. Kochankę bo ją kochałam w tamtym z nią w bliskości momencie. Kochanka bo mówiłam jej kocham w każdej nadarzającej się okazji i z każdym kolejnym razem odczuwałam coraz większą z nią bliskość, zażyłość związanie. Kochankę bo obdarowywałyśmy się sobie nawzajem swoimi ciałami by dać przyjemność i przyjemnością być obdarowane. Pamiętam jak Starszy Pan któregoś razu siedział niedaleko gdy my zajęte byłyśmy darowywaniem siebie sobie i zerknęłam na Niego a On pogroził nam palcem. Bez złości, bez pretensji z zaufaniem jakimś ogromnym dla nas, pogroził nam palcem. Gdy rozmawiałam z nią o tym mówiłam jak gdy by to był gest przyzwolenia ,że mamy prawo, że Ona nam pozwala, że miłość jest jak biel okrywająca szarość grzechu pod którą ów znika i nie ma go i jak gdyby istnieć przestawał ale potem ona odeszła , może ja nie umiałam jej przy sobie przytrzymać a gdy jej już nie było przypomniał  mi się ten gest Starszego Pana i wróciło, wtedy niedostrzeżone pytanie, co miałeś na myśli. Nie był to gest przyzwolenia na nasz grzech a jedynie przypomnienie, że w żaden sposób nie jesteśmy w stanie go zrazić do siebie i On poczeka tyle ile będzie trzeba byśmy usiadły obok niego i otworzyły wszystkie zapisane księgi. Wszystkie zapisane czyny przeczytały i …w końcu spokojne mogły się do niego przytulić i w nim zatopić i nie chcieć wracać do niczego już nigdy .

 

Nanizać …

…uleciało mi z głowy to słowo a było mi potrzebne bo chciałam nanizać na sznurek, ze starego wyciągnięty worka jutowego , słowa jakie mam przytroczone a przeszkadzają mi bardzo bo nie umiem ich w całość poskładać. Wiszą i kołyszą się uderzając, kalecząc nawet a teraz z tym wyrazem poradzę im i nie będą mnie krzywdziły już więcej. Mogę się mylić …mogę  zostać znów skrzywdzona ale jeśli słowa będą na sznurku zaczepię je daleko od siebie i niech usychają.

czas

…raz…dwa…trzy…cztery…pięć…sześć…siedem…osiem…dziewięć dziesięć…jedenaście…dwanaście i … koniec  Warto za to się zeszmacić …?  trzynaście nie będzie nawet jeśli by dobrze zapłacić.

Czekoladowo.

 Półgłosem ,w kroplach niczym w kryształkach wspomnień zatopiłam po jednym słowie a potem z konewką stałam i … żadnej kropli nie usłyszałaś. Byłaś wściekła, obrażona, mokra ,zła i chciałaś mnie pobić. Czekoladowy smak mógł się nie przebić ale był, przecież widziałaś ,że był więc skąd oczekiwanie  i tyle pretensji? Usiadłam zmęczona tym całym zamieszaniem i oczekiwaniem wyczerpana Twoim. Chciałam sprawić Ci przyjemność jak daje się po temu kwiaty, czekoladki, ciastko może w zielonej czekoladzie. Ja całuje się przychodząc znienacka zakrywając oczy dłońmi. Siedziałaś obok i powoli położyłaś dłoń na moim udzie pozwalając jej się zsunąć. Patrzyłam na tę dłoń i jej drogę jaką przemierzała samotnie nie odprowadzana przez nikogo. Zamknęłam oczy. Dłoń zniknęła, zostało oczekiwanie i pragnienie z miejsca do którego chciałam by doszła. Z miejsca spotkania . Z miejsca naszego siebie spotkania. Się spotkałyśmy, nie raz nie dwa nie trzy a dwadzieścia osiem i pół i nagle ja płakałam i Ty płakałaś ale osobno płakałyśmy. Wzięłam ścierkę, pierwszą lepszą jaka wpadła mi w dłonie i zaczęłam szorować te łzy. Mocno szorować by po nich nie został żaden ślad i nic to nie pomagało więc wzięłam proszek jakiś i druciak ostry i kawałek szkła i dłonie zaczęły mi krwawić i wciąż te łzy były .           -  Przepraszam, ostatkiem nadziei powiedziałam i wszystko stało się czyste i nowe i jak gdyby nigdy niedotykane.                                        -Jestem chora , powiedziałaś a ja wyciągnęłam rękę a w niej śliwkę miałam w czekoladzie i w czekoladzie orzecha i to było ostatnie słowo tego naszego spotkania. Długo miałaś w ustach podarek i w moich ustach długo był ten smak.

Wspomnienie z ulicy.

 

….dumnie biegają z książkami pod pachą. Maja je w torebkach i reklamówkach czasem. Składają pod poduszkami i dumni ,ze niewygodnie spali polecają pomysł innym. zasłaniają się tytułami w autorach pływają bez aparatu i tylko czasami uwagę zwrócą na prostytutkę czytającą książkę czekając na klienta. Że rozmawiała przez drogę z pijaczyną bezdomnym, odwracali głowy i brzydzili się strasznie a ja zerkałam z nad książki ukradkiem bo jak bardzo zabawnym jest człowiek , który czyta wiele ale nic z tego nie rozumie. Miałam z nich przedstawienie z morałem.

Uśmiechnij się…

-uśmiechnij i uśmiechnij i bądź dobrej myśli i nie trać nadziei i uwierz ,że będzie dobrze i bądź pełna optymizmu i ufaj w lepsze jutro.

- Kurwa odpierdolcie się ja chcę płakać  i wyć !!!!!!!!