Zaproszenie.

    Na wykałaczkach kasztanki w przeszłości kreślą obrazy swoich ciał cienkimi kreskami a ja ich nie wspominam , zachwycam się pełną i mocną klaczy nogą na nogę założoną , która wyprężona pęta spojrzenie i pęta marzenie i usta pęta tak że słowa wydukać nie są w stanie. Nie umiem jej zobrazować słowami bo jest tak doskonała nie w swojej teraźniejszości a przyszłości . Owocu  jaki zrodzić może bez trudu i bez trudu do dojrzałości doprowadzić. Kasztanki nie podniecają i wodzą na pokuszenie, nie istnieją w pamięci ale te łanie przepiękne, sen szarpią i dzień sycą zapachem w którym zaproszenie.

Nie istnieję.

 

Zapomniałam imienia. Własnego imienia i nazwiska. Obok nikogo kto by wiedział, kto by pamiętał , kto by znał. Nie istnieję.Dlaczego się boję ?

Wszędzie patologia.

Piękne, zdrowe i w niczym niemal od dorosłych się nie różniące, świetnie już latające , młode jaskółki siedziały na moim prywatnym sznurku i nic nie było by w tym nadzwyczajnego gdyby nie fakt, że ta biedna, wychudzona, wymęczona, matka lub ojciec, bo nie rozpoznaję, na ten sznurek tym prawie dorosłym darmozjadom muchy do dziubka przynosiły a my w sporym gronie od komarów i much opędzić się nie mogliśmy.

Naga…

ubrana jedynie w marzenia sobie dzisiaj chodzę i że ktoś zauważy, nie zwracam uwagi. Skóra w końcu odetchnie i ja z nią.

Sąd.

 

   Podano obiad. Zjadłam. Proste jedzenie. Kasza, mięso, surówka. Dużo surówki. W tle radio i słowa papieża. Umyłam nogi Jezusowi. Jawnogrzesznica umyła mu nogi a On jej nie potępił chociaż szemrali przeciwko… Mam Przesyt. Jestem przejedzona tym jak być powinno, w jakim kierunku iść, jak szli wielcy, święci ,mądrzy, mędrcy. Za dużo tego chociaż , nie zapamiętałam wszystkiego. Bywa ,że na ulicy, gdzieś gdzie ludzie , spotykam oczy zmieszane, zaskoczone, uciekające i chociaż ich nie pamiętam wiem ,że znają dobrze moje ciało a ja ich nie znam bo zamazałam w pamięci ich obecność. Podobne zamazanie mam do nauczania, do pouczania do stawiania pomników a zapominaniu o mnie i  nie bym chciała by wybudowano mi pomnik ale doniosłość mojej walki o siebie, nie była umniejszana a doceniona. Zestarzałam się może i nie w sensie ze nie podobam się sobie bo wbrew wielu, bardzo się sobie podobam z ciała. Zestarzałam się na duszy i przyszło mi na myśl ,że wszystką prawdę jaką miałam przyswoić już mam . Jestem nią napchana, przejedzona, przeżarta nawet, jak tym obiadem, którego za dużo w siebie wpakowałam. Jestem jej pełna ale czas ja przetrawić przez siebie i moje postrzeganie rzeczywistości a nie przez wzorce i pomniki, świętych ,doskonałych. Przygotować się na sad nad sama sobą. Sąd ? ale przecież nie umieram. To bez znaczenia. Gdy będę umierała zostanie mi tylko przypomnienie wszystkiego i nie będzie czasu na poprawę. Jezus by mnie nie potępił jednak Jego zdanie nie będzie miało znaczenia gdy wydam na siebie wyrok za swoje życie. Wydam ja na siebie podług swojego sumienia, swojej świadomości, swojego pojmowania, swojego zrozumienia. Wbrew pozorom nie znam werdyktu chociaż znam i sporo siebie pamiętam. Oni będą obrońcami i taki obraz, dla mnie ma sens.

Potrzebna bateria, na gwałt.

Jakaż jestem przyziemna i stereotypowa. Dziś, jak gdyby miało to jakieś znaczenie, przyszłam rano do kuchni. Jak zwykle wsypałam cukier, kawę rozpuszczalną i wlałam odrobinę mleka do filiżanki. Wzięłam do ręki blender na baterie by sobie to wymieszać, mleko spienić i zrobić po dolaniu wody oryginalne chociaż może niefachowe cappuccino a tu, blender padł. Bateria padła i nie było w szufladzie zapasowej, bym mogła wymienić i życie straciło sens i dzień tak strasznie się dla mnie zaczął. Mam problem, wielki problem. Trzeba baterię.

Słowa moje, przemienione.

Słów słuchałam.  Moją ręka napisanych, z moich wnętrzności wyjętych, słuchałam a one nie moje . Nie moje ,całkiem. W ich ustach. Z ich głów wydobywane. Z ich postrzegania świata, moje słowa  już ich słowami. Spuściłam głowę, smutna. Bardzo smutna. Zabrali mi coś mojego i namalowali przez siebie a to co powstało… Zamyśliłam się bezmyślnie.-taka to kolej rzeczy. Takie to nowe miejsce słów, kiedyś moich.

…kiedy…

 

    Kiedy mnie już nie będzie , przyszło mi na myśl gdy siedząc oparta o wielkie przewrócone drzewo , przyglądałam się mrówkom wciąż i wciąż idącym pod górę z wielkim bagażem na plecach. Jak doskonale stworzona jest nieskończoność czasu, miejsca, przestrzeni, uczuć, dostrzeżeń. Jak doskonale bo mieści się w niej i głupiec i mędrzec i piękna i brzydula i szczupła i gruba i względność wszystkiego i moje postrzeganie i twoje i ich. – Ech Boże, siedzimy tak sobie , ja i Ty pod tym samy wielkim zwalonym drzewem i pozwalasz mi bym narysowała Cię kobietą na której kolanach kładę głowę a która mi przestrzeni nie przesłania. Jesteśmy tak blisko. Stwórca i stworzenie. Podziwiam cierpliwość Twoją gdy wiesz co powiem a zawsze jesteś tym moim powiedzeniem zaskoczony. Wiesz co się zdarzy a zawsze jesteś zadziwiony. Wiesz ,że nie zasługuję byś mnie kochał a ciągle jesteś we mnie zakochany. Kochasz mnie więc nie jestem nie warta nic. Kochasz wartość. Bezwartość nie może być kochaną bo nie istnieje. Nie istnieje nic co nie tworzy sobą wartości . –Sory , Boże… przymknę oczy i zasnę. Pogładź mnie trochę po włosach, pogładź.

Ostateczna.

  – witaj… wyjątkowo odezwała się na powitanie. Zazwyczaj nie mówiła nic i ja nie mówiłam nic. Dotykałyśmy się opuszkami palców potem mocniej i mocniej i mocniej aż czasem bolało żeby wyrwać z siebie nawzajem dla siebie jak najwięcej, by na długo zostało. Jak najdłużej. Rzecz oczywista , nie spotkamy się za chwilę, nie spotkamy się za miesiąc. Spotkamy się tylko w ostateczności. Ostateczność. Nie kwestionowała moich wyborów ani ja jej wyborów nie komentowałam. Modliszka. Nikt dobrze nie skończył z kim ona spotkała się na dłużej niźli pół godziny. Nikt. Poza mną ?… Zarozumiała się stałam. Kiedyś nie było tego po mnie tego widać. Teraz nie kryję. Zarozumiała odkąd zobaczyłam ile mogę. Ile jestem w stanie. Sama bez niczyjej pomocy pozmieniać na tym naszym świecie. Jaskółki w deszczu ledwo dają radę lecieć. Dolecieć do sznurka na którym Czekaja lepszego czasu. Kot. Nawet kot w tym deszczu nie robi na nich wrażenia chociaż przyszedł i jest i jest bardzo wielkim zagrożeniem. Modliszka ma cudowne ciało. Bezbłędnie namiętne. Nieidealne ale perfekcyjnie zniewalające. – czasem odnajduje w sobie uczucia… szepnęła zsuwając się po wzgórkach i pagórkach do źródła .  Początek i koniec . By odejść Duży łyk i by wrócić duży łyk. Gdyby nie palce niezapowiedziane można by przyjąć ,że jesteśmy na wystawnej kolacji i podają nam wszystko czego zapragniemy na wciąż jedno i to samo wzgórze, zagłębienie. Na oknie opodal, czarny kruk . Wielki , niebezpieczny z wyglądu i kształtu a z patrzenia delikatny, czuły pamiętający każdą chwilę. Nie wstydziłam się i Ostateczna , też się go nie wstydziła. Wręcz przeciwnie, przy nim stawałyśmy się jeszcze bardziej wszystkie. Jeszcze bardziej o ile bardziej być mogłyśmy.-Dlaczego nie rodziłyśmy dzieci ? Zapytała zakrywając całą moją intymność szeroko rozwartą dłonią- dlaczego ?. – Nie umiałyśmy?, odrzekłam na ona wsunęła mi swój wskazujący palec z delikatnym pierścionkiem do ust. Smakował wyjątkowo jak zawsze chociaż nigdy nie wiedziałam , którą z nas.